"BednarSzok" był Niezależnym Internetowym Serwisem Informacyjnym poświęconym Zespołowi Szkół "Bednarska". Działał w latach 1999-2006.
Poniższe informacje prezentowane są wyłącznie dla celów archiwalnych.
Poniższe informacje prezentowane są wyłącznie dla celów archiwalnych.
|
Zbieram się od dłuższego czasu, by opisać Wam, co tu się ze mną działo. Może tytułem wprowadzenia opowiem Wam w skrócie jak to się stało, że tu jestem, czyli na czym polega moje stypendium.
Organizatorem tegoż jest HMC - Headmasters' Conference skupiająca emerytowanych (ale chyba nie tylko emerytowanych) dyrektorów prywatnych szkół angielskich. Jak się okazuje, to bardzo szacowna organizacja, o ogromnym prestiżu - tak mówili mi Anglicy, których spotkałem w lipcu w Rydze podczas szkolenia do Matury Międzynarodowej, podobnie wypowiadała się Beata B.-W., która pisała pracę magisterską o angielskim systemie edukacji. Ostatnio polityczna poprawność nakazuje rozszyfrowywać skrót HMC jako 'headmasters' and headmistress' conference' - wszak na 248 członków tego stowarzyszenia aż 8 to kobiety. Zawód dyrektora szkoły jest w Anglii bardzo zmaskulinizowany (przeciwieństwo do sfeminizowany).
Jednym z pomysłów HMC jest tzw. HMC Project in Central and Eastern Europe. Przedstawiciele HMC jeżdżą do różnych krajów Europy środkowej i Wschodniej i przeprowadzają rozmowy z kandydatami wskazanymi przez współpracujące fundacje. W Polsce zawiaduje tym Fundacja Wyzwania. Na podstawie tych rozmów HMC dokonuje wyboru kilkudziesięciu nauczycieli i uczniów (w tym roku odpowiednio ok. 30, ok. 50), którym znajduje miejsca w prywatnych szkołach angielskich. W przypadku uczniów (albo 16, albo 17 lat - może warto się zainteresować - www.wyzwania.org.pl) oznacza to naukę czterech wybranych przedmiotów, zakwaterowanie w tzw. boarding house, wyżywienie itp. W przypadku nauczycieli - zakwaterowanie i wyżywienie (z wyjątkiem okresów przerw w nauce), minimalną pensję oraz, oczywiście pracę. Szkoły nie obiecują sobie chyba zbyt wiele po naszym uczeniu - nie mamy przecież ani biegłości w języku, ani znajomości tutejszego systemu. Moja praca to na razie przede wszystkim obowiązki w boarding house oraz tzw. evening activities - czyli zapychanie czasu, zanim po dziennych uczniów przyjadą rodzice, a pozostali (boarding pupils) pójdą do boarding houses. Co do lekcji - tutejszy plan przewiduje do 9 lekcji dziennie oraz 5 w sobotę! Na szczęście, lekcje są krótsze - po 35 minut. Za to tylko dwie przerwy - na kawę i na lunch. Ja przez pierwszych kilka tygodni będę tylko obserwował lekcje innych nauczycieli - 14 tygodniowo. A potem - zobaczymy.
A teraz po kolei, czyli pierwsze dni polskiego nauczyciela w państwie angielskim.
Przyjechałem do Anglii w piątek - po 30 godzinach w autokarze wysiadłem w Londynie tylko po to, by kupić bilet i wsiąść do kolejnego autokaru - do Cambridge. W Cambridge byłem do poniedziałkowego południa. Podczas tych niespełna trzech dni brałem udział w zorganizowanym przez HMC szkoleniu wskazującego nam (nauczycielom i uczniom) na istotne szczegóły w angielskim systemie edukacji. Nie będę Was tym zanudzał, chyba że rozumienie czegoś w dalszym ciągu będzie wymagało zdradzenia tych niezwykłych szczegółów. Muszę przyznać, że w Cambridge było uroczo. Zajęcia, które dla nas prowadzono były łatwe do zrozumienia, przyswojenia. Mam na myśli oczywiście kwestię języka. Bo po pierwsze, w Cambridge mówili z jakimś ludzkim akcentem i dość wolno, nie tak jak w Yorkshire, gdzie jestem. A po drugie tam chyba mieli świadomość, że mówią do ludzi 'nie obytych', więc może starali się mówić wyraźniej, może też wolniej... Nie wiem. Dość, ze teraz, po tygodniu w Anglii, język jest nadal istotną barierą. Pół biedy, gdy rozmawiam w małym gronie (bardzo małym: dwie, ewentualnie trzy osoby). Ale gdy staję w tłumie (np. czteroosobowym) szalenie trudno mi cokolwiek zrozumieć. No dobra, może za parę dni... W Yorku wylądowałem w poniedziałek (2.09). Przyjechałem tu pociągiem z dwom nauczycielami z Węgier, z uczniem z Estonii i uczennicą z Mołdawii. Węgrzy i Mołdawianka pojechali dalej (do Harrogate - miasteczka położonego nieopodal). Estończyk uczy się w tej samej szkole, w której ja pracuję.
Moje mieszkanie mieści się ok. 20 metrów od szkoły. Jest to day and boarding school, co oznacza, ze część uczniów (ok. dwóch trzecich) przychodzi tu przed 9, a o 17.30 jedzie (idzie) do domu. Reszta to boarders, czyli mieszkający w tzw. boarding houses. Z założenia miałem mieszkać w jednym z chłopięcych boarding houses, ale szczęśliwie znalazłem się w budynku z mieszkaniami dla pracowników szkoły. Moim flatmate (czyli, jak określał to jeden z moich znajomych na studiach, który mieszkał w akademiku - 'współspaczem') jest Niemiec imieniem Lukas, człowiek w podobnej do mnie sytuacji, choć pojawił się tu z zupełnie innego źródła. Każdy z nas ma dla siebie jeden pokój, mamy też wspólną łazienkę i kuchnię (mimo trzech posiłków w szkole). Czyli nie tak strasznie źle.
Przyjechałem do Yorku dzień przed Lukasem, więc to ja wybierałem pokój. Rzecz jasna wybrałem ten brzydszy (naprawdę!!!), ale za to ze znacznie ładniejszym widokiem. Ten widok to stare dachy starych szkolnych budynków (szkoła ma zdrowo ponad sto lat), korony drzew i dach oraz wieże katedry. Moje mieszkanie leży bowiem ok. 400 metrów od słynnej York Minster (rzeczywiście imponującej, chyba największej w całej Anglii katedry). Jednym słowem mieszkam w centrum niewielkiego, ale bardzo uroczego miasta. I to dość znaczącego miasta. Jak powiedział jeden z angielskich królów (chyba Jerzy III, ale z mojego punktu widzenia mógłby to być także Zulus Czaka) 'historia Yorku to historia Anglii'. Czyli nie tak strasznie źle. Jestem tu (w Yorku) tydzień i dopiero teraz mogę powiedzieć, że ZACZYNAM rozumieć, co wokół mnie mówią (bardzo powoli zaczynam). Pierwszego dnia przeżyłem prawdziwy szok.
W ciągu tych kilku dni zdążyłem przeżyć:
- health & safety training (takie polskie BHP, tylko z większym rozmachem - było chyba strasznie nudno, a przy tym nic nie rozumiałem, więc wyszedłem w połowie); - kurs pierwszej pomocy, musiałem nawet robić sztuczne oddychanie na manekinie (wczoraj napisałem egzamin - mogliśmy go sobie wziąć do domu); - staff meeting, czyli taka mini rada pedagogiczna (chyba mini, bo wielokroć krótsza od naszych, polskich rad - tu też niewiele rozumiałem, ale było krótko, więc wytrzymałem do końca); - bowling, czyli kręgielnia (ufff...); - Sunday's Evening Meeting - szkolne spotkanie religijne. Ta szkoła jest prowadzona przez Quakers (czy to po polsku kwakrzy/kwakrowie?). Było bardzo uroczyście, bo przyjechał jakiś pastor z daleka. I mówił bardzo miłym dla ucha angielskim; - zakładanie konta w angielskim banku (bo inaczej nie dostałbym ani pensa); - mini-imprezę w domu dyrektora szkoły; - imprezę u jednego z nauczycieli, który właśnie kupił sobie nowy dom; - wieczór w pubie z germanistami, - wieczór w pubie z historykami, - poranne spotkanie całej szkoły (tu jest takie codziennie przed nauką), - pierwszą lekcję matematyki (w roli obserwatora, było prześmiesznie); - dwie pierwsze lekcje EFL (English as a Foreign Language, w roli ucznia, było uroczo); - masę innych drobiazgów, ale nie chce mi się pisać, bo i tak już się chyba robi nudno. No i dobra. Chyba czas skończyć, bo nigdy tego maila nie wyślę. A i tak na razie macie co czytać. Pozdrawiam Was serdecznie i ponownie proszę o przekazanie tego maila (np. wydruku) i mojego adresu całej Metamorfozie, bo jak wspominałem poprzednio, nie wiem jakim cudem nie wziąłem wszystkich Waszych adresów. Do zmailowania K
|
BednarSzok.pl 1999 - 2006
Pewne prawa zastrzeżone
Pewne prawa zastrzeżone

Organizatorem tegoż jest HMC - Headmasters' Conference skupiająca emerytowanych (ale chyba nie tylko emerytowanych) dyrektorów prywatnych szkół angielskich. Jak się okazuje, to bardzo szacowna organizacja, o ogromnym prestiżu - tak mówili mi Anglicy, których spotkałem w lipcu w Rydze podczas szkolenia do Matury Międzynarodowej, podobnie wypowiadała się Beata B.-W., która pisała pracę magisterską o angielskim systemie edukacji. Ostatnio polityczna poprawność nakazuje rozszyfrowywać skrót HMC jako 'headmasters' and headmistress' conference' - wszak na 248 członków tego stowarzyszenia aż 8 to kobiety. Zawód dyrektora szkoły jest w Anglii bardzo zmaskulinizowany (przeciwieństwo do sfeminizowany).
A teraz po kolei, czyli pierwsze dni polskiego nauczyciela w państwie angielskim.
Moje mieszkanie mieści się ok. 20 metrów od szkoły. Jest to day and boarding school, co oznacza, ze część uczniów (ok. dwóch trzecich) przychodzi tu przed 9, a o 17.30 jedzie (idzie) do domu. Reszta to boarders, czyli mieszkający w tzw. boarding houses. Z założenia miałem mieszkać w jednym z chłopięcych boarding houses, ale szczęśliwie znalazłem się w budynku z mieszkaniami dla pracowników szkoły. Moim flatmate (czyli, jak określał to jeden z moich znajomych na studiach, który mieszkał w akademiku - 'współspaczem') jest Niemiec imieniem Lukas, człowiek w podobnej do mnie sytuacji, choć pojawił się tu z zupełnie innego źródła. Każdy z nas ma dla siebie jeden pokój, mamy też wspólną łazienkę i kuchnię (mimo trzech posiłków w szkole). Czyli nie tak strasznie źle.
W ciągu tych kilku dni zdążyłem przeżyć: