"BednarSzok" był Niezależnym Internetowym Serwisem Informacyjnym poświęconym Zespołowi Szkół "Bednarska". Działał w latach 1999-2006.
Poniższe informacje prezentowane są wyłącznie dla celów archiwalnych.
Poniższe informacje prezentowane są wyłącznie dla celów archiwalnych.
|
Witamwitam. Ktoś (pewnie Ludwik) powklejał do moich listów zdjęcia [To był marszałek Lobelio - przyp. Ludwika]. O dwóch z nich chcę Wam napisać. Oba są w pierwszym liście. Pierwsze, zatytułowane "sąsiedztwo szkoły" przedstawia ulicę Bootham, przy której leży szkoła (Bootham School). Właściwie nie jest to sąsiedztwo szkoły, lecz szkolne budynki - wszystkie od lewego krańca zdjęcia aż do zielonego drzewa, właściwie trochę dalej. Żaden z tych budynków nie jest szkołą samą w sobie. Od ulicy mieszczą się m.in. biuro bursara (dyr.fin.), mieszkania dla części nauczycieli i pracowników szkoły, boarding house dla dziewcząt (Rowntree House), boarding house dla najstarszych chłopców (Evelyn House), także dla trochę młodszych chłopców (Fox House). Boarding house dla najmłodszych chłopców (w którym mam swoje obowiązki) mieści się po przeciwnej stronie ulicy, mniej-więcej w miejscu, z którego zrobiono zdjęcie. Szkoła zajmuje bardzo rozległy teren, pewnie jak ze dwie lub trzy Bednarskie-Raszyńskie razem wzięte. Wracając do zdjęcia - ja mieszkam w czwartym budynku od lewej, z czerwonej cegły. Ale mojego okna nie widać. Patrzę z okna w tę sama stronę, co Wy, patrząc na zdjęcie. Widzę jednak co innego. Nie widzę na przykład ulicy Bootham. Nie widzę też Bootham Bar, którą można raczej wyobrazić sobie, niż dostrzec na zdjęciu w głębi ulicy. Bootham Bar to jedna z bram prowadząca do "starego miasta" - części Yorku prawie kompletnie otoczonej średniowiecznymi murami. Przyjrzyjcie się uważniej dwóm wieżom za domami na ulicy Bootham. To zachodnie wieże katedry. Spójrzcie teraz na kolejne zdjęcie ("nad dachami miasta"); zobaczycie te wieże po lewej stronie, jest to bowiem widok katedry z południowego wschodu. Czyli dokładnie z przeciwnej strony, niż moje mieszkanie. Nie wiem, czy taki opis do zdjęć wystarczy, by zobaczyć, że mieszkam w naprawdę miłym miejscu: wychodzę z domu, dwie minuty, Bootham Bar, dwie minuty, York Minster. A dalej pięć, dziesięć minut i jestem w dowolnym miejscu yorskiej starówki. Jeszcze jedna rzecz natury bardzo ogólnej mi się przypomniała. (O rety, ale śmiesznie! Przed chwilą zacząłem (odruchowo?) pisać po angielsku! I zatrzymałem się z braku słowa. Hmmm... może powinienem pisać do Was po angielsku?) Pisałem Wam poprzednio o angielskiej maturze - tzw. A-level. Otóż w tym roku miał miejsce mały skandalik związany z A-level. Pisały o tym na pierwszych stronach przez kilka dni wszystkie tutejsze dzienniki, mówiono o tym we wszystkich wiadomościach radiowych. Chyba tylko wojna z Irakiem miała szanse przebić te wieści. Skandal polega na tym, że wyniki A-level w tym roku były wyraźnie gorsze niż w latach ubiegłych, co ponoć było związane z naciskami pewnych środowisk nauczycielskich wywieranymi na trzy komisje oceniające, by oceniać ostrzej, w trosce o prestiż tego egzaminu. Niektórzy twierdzą bowiem, że staje się on ostatnio coraz łatwiejszy. Że coraz łatwiej o dobry wynik. A to na pewno źle. Jednak to, co wydarzyło się w tym roku jest jeszcze gorsze. Bo raz, że zapewne skrzywdzono niektórych uczniów, którzy nie spodziewali się tak trudnego (ostro ocenianego) egzaminu. Spodziewali się znacznie lepszych wyników, a tym samym większych szans na dobre studia. A dwa - jeśli prawdą jest, że były naciski na komisje oceniające, a co gorsza odniosły one skutek... to znaczy, że prestiż A-level leci na łeb, na szyję... Co z tym zrobić? Jeden pomysł mnie uderzył. Właściwie jedyny, o którym się mówiło (prócz "zapomnijmy o całej sprawie..."). Co więcej pomysł popierany przez wiele organizacji nauczycielskich, w tym także przez bardzo prestiżową HMC (Headmasters & Headmistress Conference), która mnie tu zaprosiła (choć nie to świadczy o jej prestiżu). Pomysł jest prosty: zlikwidować A-level (to rewolucja), a w jego miejsce wprowadzić zupełnie nowy egzamin, zwany "Baccalaureate". Zbieżność z nazwą "International Baccalaureate" (Matura Międzynarodowa) jest najzupełniej NIEprzypadkowa. Ma być to bowiem albo TEN sam egzamin, albo TAKI sam - z jedyna różnica, że biurokracja angielska będzie oddzielona od biurokracji IB. Co to zmienia? (A może raczej zmieniłoby?) Dla Anglików - nie tak dużo. Bo np. do GCSE (2 lata przed A-level, tak jakby koniec gimnazjum) uczyłoby się tak samo. Choć z perspektywy uczniów, tych którzy zdecydują się na naukę po GCSE - znacznie więcej. Będą musieli zdawać sześć egzaminów, nie cztery, ew. pięć, jak bywało. To raz. A dwa - angielski i matma staną się obowiązkowe. Zwłaszcza ta matma... Ta zmiana może mieć znacznie większe znaczenie z perspektywy IB. Bo wtedy program IB stanie się duuuużo bardziej popularny w Europie. A tym samym ranga Matury Międzynarodowej wzrośnie. To mogą (choć nie muszą) być dobre wieści dla osób decydujących się na IB, zwłaszcza tych, które myślą o studiowaniu na zachodzie. Rzecz jasna bardzo mały procent polskich uczniów (nawet po IB) ma na to szanse. Co innego np. roczne czy dwuletnie stypendia w trakcie lub po studiach - to robi się bardziej popularne. Jestem pewien, że część z Was pojedzie na jakiś czas działać coś za granicą. Powyższych słów NIE NALEŻY traktować jako agitacji za programem IB. Bo, po pierwsze, wg mnie w Polsce mała cześć uczniów wybiera IB z myślą o studiach na zachodzie. A po drugie nasz "polski" program nauczania na Bednarskiej też jest świetny! W miniony piątek zwróciłem uwagę, że Bootham School, mimo, że szalenie liberalna (i "relaxed", jak tu się chwalą) jak na angielskie warunki, nie może się równać z Bednarska. Okazało się bowiem, że młodsze pięć roczników musi ubierać się do szkoły w ściśle określony sposób (koszule, szkolne swetry, odpowiednie spodnie/spódnice, buty), a tylko dwa ostatnie mają swobodę. Właśnie te dwa ostatnie roczniki mnie zmyliły - myślałem, że Ci młodsi tak lubią... A w piątek poznałem prawdę, bo był to tzw. "Jeans for Gens" day. Jeans - to po polsku dżinsy. A Gens - to osoby cierpiące na wiadomego rodzaju schorzenia (wskazówka: GENetyka). Każdy, kto chciał tego dnia przyjść do szkoły w dżinsach (jeansach?) musiał zapłacić na szlachetny cel minimum funta. Cel bardzo ładny, ale dopiero tego dnia uczniowie w Bootham wyglądali... normalnie. Skoro już o Bootham mowa - dowiedziałem się, ile kosztuje nauka w Bootham. Możecie przekazać te wieści swoim rodzicom - będą zachwyceni wysokością czesnego na Bednarskiej. Otóż za ucznia mieszkającego w boarding house płaci się tu ponad 14,5 tysiąca funtów, czyli blisko 100 tysięcy złotych rocznie. Ale gdybyście mieli gdzie mieszkać, to szkoła kosztowałaby Was znacznie mniej - lekko ponad 9,5 tysiąca funtów, czyli ponad 60 tysięcy złotych rocznie. Więc ledwie 5 tysięcy (5000, PIĘĆ TYSIĘCY!!!) złotych miesięcznie. O rety... Zaczynam prowadzić pierwsze lekcje, ale nie napiszę o tym na razie. Bo tak naprawdę ciągle nie czuję się dobrze językowo, więc trudno mi ocenić, jak moje lekcje wyglądają, jak są odbierane. Chyba podobnie się czułem, gdy zaczynałem uczyć - żadnego dystansu, masa stresu, przejmowanie się na zapas (a może nie na zapas?)... Oj, biedni początkujący nauczyciele... No i na zakończenie jeszcze jedna kwestia, która pojawiła się w mailach, jakie od Was otrzymuję. Miś spytał mnie, czy w mojej szkole też "kible otwierają się do środka?" Otóż tak - zauważyłem to dopiero po tym pytaniu. Wcześniej dziwiłem się, dlaczego miewam problemy z opuszczeniem toalety. Zastanawiałem się nawet chwile, czy nie utyłem przypadkiem w jakimś mega-szybkim tempie. Ale nie. Myślałem też, że może tutejsze toalety to takie kosmiczne pułapki - człowiek wchodzi, chce zrobić to, co zrobić chce, a tu ściany i drzwi zaciskają mu się na szyi! A dalej - wiadomo: przychodzi Traktor Kangurzysta i odgryza mu głowę. Ale też nie! Tu po prostu maja świra na punkcie bezpieczeństwa - bo przecież, gdyby ktoś otwierał drzwi NA ZEWNĄTRZ, mógłby trzepnąć w łeb beztrosko przebiegającego obok kolegę. (Na szczęście koledzy nie przebiegają beztrosko wewnątrz toalet...) W Anglii mają świra na punkcie bezpieczeństwa. A może powinienem napisać: poważnie traktują problem? Tu wszystkie drzwi otwierają się do wewnątrz (o ile można odróżnić wnętrze od zewnętrza). Większość drzwi to "fire door" - grube, ciężkie, samo(się)zamykające - aby nie wpuszczać powietrza podczas ewentualnego pożaru, nie pozwalać mu na rozprzestrzenianie się. Mniej więcej w połowie września przeżyłem pierwszy alarm przeciwpożarowy (oczywiście tylko trening). To było imponujące! Po około 5 minutach od pierwszego dźwięku CAŁA szkoła była ustawiona na placu przed wejściem. Wychowawcy zdążyli sprawdzić, czy klasy są w komplecie, Heads of Departments - czy wszyscy ich podwładni są żywi i cali... Naprawdę byłem pod wrażeniem. A potem dyrektor wygłosił (przez megafon) krótką przemowę, że tym razem mieliśmy szczęście, bo po pierwsze to nie był prawdziwy pożar, a po drugie - nie padało. Bo gdyby padało, to pożar, czy tylko ćwiczenia, musielibyśmy stać w deszczu i czekać, aż będzie jasne, że nikt nie zaginął. A, jeszcze jedno - tradycyjnie proszę o przekazanie tego maila wszystkim... (bla, bla, bla). Dziękuję, dobranoc. Pzdrwm Krzyś K O N I E C !
|
BednarSzok.pl 1999 - 2006
Pewne prawa zastrzeżone
Pewne prawa zastrzeżone
