"BednarSzok" był Niezależnym Internetowym Serwisem Informacyjnym poświęconym Zespołowi Szkół "Bednarska". Działał w latach 1999-2006.
Poniższe informacje prezentowane są wyłącznie dla celów archiwalnych.
Poniższe informacje prezentowane są wyłącznie dla celów archiwalnych.
|
Ludwik Trammer, BednarSzok: Jeszcze nie wszyscy uczniowie zdążyli Pana do końca poznać. Czy mógłby Pan na początek powiedzieć kilka słów o sobie i swoich związkach ze szkołą? Dyrektor Jan Wróbel: Myślałem, że o moim charakterze - zły i szpetny (śmiech). Związki ze szkołą? Ja tu jestem od zawsze czyli od czasów gdy jeszcze nie było szkoły, a było takie seminarium zorganizowane przez Krystynę Starczewską. Potem uczyłem od pierwszego rocznika, a w drugiej klasie pierwszego rocznika stałem się wychowawcą klasy Dendryt. Potem pracowałem przez wiele lat w szkole jako pełnoprawny nauczyciel, a przez ostatnie 10 lat tylko po parę godzin i poza tym zajmowałem się czymś innym. Zacznijmy może od okoliczności w których nastąpiła zmiana dyrektora. Przez wiele tygodni słyszeliśmy o konfliktach wewnątrz dyrekcji, o swoistej linii podziału po jednej stronie której stała pani dyrektor Magda Nowicka, a po drugiej pani dyrektor Krysia Starczewska. Linia ta podzieliła wiele osób związanych ze szkołą. Czy Pan również opowiedział się po którejś ze stron? To jest Pana interpretacja tego sporu, bo ja tak tego nie widziałem. Ani nie dostrzegałem tak jasno tej linii podziału, ani tych dwóch stron. Tylko raczej krzyżujące się racje. Jako człowiek nie bezpośrednio zaangażowany w taki spór mogę oczywiście czasem przyznawać rację jednej stronie, czasem drugiej. Globalnie rzecz oceniając wydaje mi się, że duszą tej szkoły jest Krystyna Starczewska. Czy odejście pani Magdy Nowiciej i cała ta sytuacja będzie miała wpływ na nasze stosunki w szkole i ogólnie przyszłość tej instytucji? Można powiedzieć, że odejście każdej osoby, która coś włożyła do szkoły zawsze zmienia charakter tej instytucji. Tak samo odnosi się to do naszych uczniów, bo odchodzą kolejne osoby i roczniki i to zmienia charakter tej szkoły. Więc oczywiście w takiej sytuacji można tylko odpowiedzieć "tak". Wydaje mi się, że jednym z największych sukcesów tej szkoły było to, że mimo, że przeżyła już kilka konfliktów wewnątrz ciała pedagogicznego (a czasem i na zewnątrz) to brak jest przykładów, żeby wpływało to na stosunek nauczycieli do uczniów. I vice versa - dodam. Także myślę, że odejście pani Magdy (ani kogokolwiek innego) nie spowoduje zmiany naszego stosunku do uczniów. Po 15 latach pewnej tradycji można powiedzieć, że pewne rzeczy w tej szkole pozostaną już na zawsze. Życzliwy, może nawet nadmiernie naiwny stosunek do naszych uczniów jest częścią tradycji tej szkoły i tak pozostanie. Co Pan rozumie przez słowa "Duch Bednarskiej"? Szkoła to nauczyciele. Tak jest na całym świecie, w każdej szkole. Nie ma jakiegoś "Ducha Bednarskiej" odrębnego od przekonań i działalności nauczycieli w tej szkole. Dopóki zespołem kierowała Krystyna Starczewska sprawa była dosyć prosta, bo Duch Bednarskiej to był po prostu duch Krystyny Starczewskiej. Połączony z jej materią. Teraz jest trochę inaczej, bo pani Dyrektor jest dyrektorką na Raszyńskiej i tutaj oddziałuje rzeczywiście bardziej duchowo. Ja myślę, że poradzimy sobie z tym jako nauczyciele. Nauczyciele, którzy przychodzą do tej szkoły są z zasady zwolennikami takiego podejścia, że z uczniem się dialoguje, a nie mu się dyktuje. Ja lubię dyktować, ale też w ramach pewnego systemu - że uczeń ma prawo mieć 16 czy 18 lat, a nie od razu 21 i być dorosłym, ale to nie znaczy że jest petentem w tej szkole. Jestem przekonany, że nauczyciele przychodząc do tej szkoły są świadomi, że stawiają sobie samym bardzo wysokie wymagania. Intelektualne i emocjonalne. Bo oczywiście w normalnej szkole, w której autorytet instytucji pomaga nauczycielowi, wiele rzeczy jest z niego zepchniętych. Jak się uczniowie źle zachowują na lekcji w normalnej szkole to jest to wyzwanie również wobec tej instytucji. A u nas gdyby uczniowie rzucali kulkami w nauczyciela to byłby trochę problem tego nauczyciela - dlaczego ich nie porwał? Bardzo precyzując duch szkoły to jest po prostu zespół przekonań jej nauczycieli. Nauczyciele przez wiele lat byli tutaj selekcjonowani, czy sami się selekcjonowali. Wśród nauczycieli, którzy tu uczą (a mamy ich prawie sześćdziesiątkę) w ogromnej większości mamy tych, którzy tu uczą przynajmniej cztery lata (niektórzy są w ogóle absolwentami tej szkoły). Co znaczy "Duch Bednarskiej"? To my sami nauczyciele, którzy tą szkołę tak, a nie inaczej kroimy. Jak potwierdziły Rady Szkoły obu terytoriów w kasach ministerstw finansów jest fizycznie mniej bednarów niż zapisano w budżecie. Oznacza to, że Rady nie mogą uczniom wypłacić tyle bednarów ile sobie założyły. Trudno więc winić uczniów za nie wpłacanie czesnego bednarowego. Na Bednarskiej już od dawna nie widać żadnych objawów funkcjonowania systemu Bednarowego. Osobiście przez dwa lata liceum nie zarobiłem w normalny sposób ani jednego bednara. A w jaki inny sposób Pan zarobił jak nie w normalny? Pod koniec pierwszej klasy liceum, na zakończeniu roku szkolnego, otrzymałem od Rady Szkoły kopertę z równowartością rocznego czesnego bednarowego. Była to nagroda za prowadzenie serwisu internetowego, związana również z opublikowanym przeze mnie na forum tego serwisu tekstem w którym skarżyłem się na niewystarczającą do opłacenia czesnego ilość bednarów. Ale większość uczniów nie ma takiej szansy. System bednarów, powiem rzecz dziwną, ale jest dla mnie rzeczą stosunkowo nową. Pamiętam jego początki, bo wtedy byłem w szkole wychowawcą, a potem jako nauczyciel, który miał w szkole tylko parę godzin, sam ani bednarów do ręki nie dostawałem, ani ich nikomu nie dawałem, nie miałem takiej okazji. Więc studiuję dopiero ten system, który jak wiadomo obrósł już różnymi opiniami i wydaje mi się, że wespół z Radą Szkoły (nawiasem mówiąc nie nadmiernie aktywną skoro przez dwa tygodnie szkoły nikt z Rady się nie pofatygował żeby odwiedzić nowego dyrektora i złożyć mu życzenia pełnienia tej funkcji jak najlepiej dla dobra społeczności szkolnej) no i w porozumieniu z Sejmem Szkolnym ten projekt będzie musiał być - można powiedzieć chyba jasno - zrewidowany. Podobnie jest z niektórymi innymi elementami szkolnej demokracji. Na przykład pomimo słania pism nie udało mi się przekonać naszej Rady Szkoły do przestrzegania elementarnych punktów ustawy o informacji. Czy demokracja szkolna przeżywa ogólny kryzys? Ja nigdy nie używam słów "kryzys demokracji", dlatego że nie mam pojęcia co to właściwie znaczy. Demokracja z zasady jest takim systemem (zwłaszcza demokracja ludzi, którzy robią to dobrowolnie i społecznie), w którym organizacja nie będzie mocnym punktem. Co nie znaczy że nie należało by przykręcać śruby i Pana akcja na rzecz jawności informacji jest dobrą akcją. A jeśli urzędnicy szkolni, choćby pełniący tę funkcję dobrowolnie, a nie dla pieniędzy, nie dają sobie rady z jakimiś swoimi obowiązkami to należy ich za to piętnować, bo to jest dobry obyczaj demokracji. Tylko ja w tym nie widzę kryzysu specjalnie. Odróżnijmy kryzys organizacji, od kryzysu demokracji. To jednak są dwie różne rzeczy. Z natury jestem raczej autorytarny, poglądy mam raczej konserwatywne jeżeli chodzi o dziedzinę edukacji, a w życiu społecznym jestem demokratą. Nie widzę żadnego powodu żeby instytucje demokratyczne tej szkoły nie miały dużo więcej do powiedzenia niż w tej chwili, żeby ich zakres kompetencji nie był o wiele większy. Tylko w tym cały jest ambaras żeby dwoje chciało na raz. Jak demokracja mnie nie ogranicza to ja jako autorytarna władza wkraczam na te pole. A jak będzie mnie ograniczała to, powiem szczerze, będę dobrze współpracować, bo demokracja jest lepsza od autorytarzymu. Zamierza Pan kontynuować linię poprzednich dyrektorów czy być dyrektorem-reformatorem? Co pan zamierza jeszcze w szkole zmienić? Wszyscy nasi dyrektorzy, a było ich raptem dwie osoby (właściwie trzy, bo na samym początku przez dwa miesiące był Andrzej Wrede, ale mogę powiedzieć o Krystynie Starczewskiej i Dorocie Fiett) byli reformatorami. Nie było ani jednego takiego roku żeby czegoś w tej szkole nie poprawiono (lub nie popsuto, ale potem na szczęście z rzeczy psutych się raczej wycofywano). Także ja akuart mogę powiedzieć, że jestem tradycjonalistą to znaczy będę reformatorem. Jak dotąd Pana najbardziej rzucającą się w oczy decyzją było ograniczenie dla nauczycieli w dostępie do ksera. Wzbudziła wielkie kontrowersje wśród samych nauczycieli, a również wśród uczniów, którym nauczyciele każą płacić za kartki rozdawane na lekcjach. To nie nauczyciele każą im płacić, tylko dyrektor szkoły. Zawsze reforma czegoś co jest z pozoru nie odpłatne i wprowadzenie zasady, że to co było przecież w rzeczywistości odpłatne będzie odpłatne w sposób wymierny budzi nie zawsze pozytywne emocje. I tak jest zarówno z wielkimi reformami, jak w służbie zdrowia, czy z drobniutkimi reformami jak sprawa ksero. Ksero jest wbrew pozorom drobną rzeczą z punktu widzenia tego czym ta szkoła jest i co reprezentuje. Nasze ksero kosztuje kilka tysięcy miesięcznie. Każda kopia to jest przynajmniej 12 groszy. Nie mam nic przeciwko temu żeby ksero działało, a także żebyśmy czytali kopie, ale dobrze by chyba było żebyśmy rozumieli że to kosztuje. To jest zdrowe. Kanapki, które są w bufecie kosztują jedna dwa złote, druga trzy złote i każdy wie dlaczego wybrał tą za dwa złote lub tą droższą. Jak kupuje się podręcznik to też jest wybór - jeden kosztują 19 złotych, a inny 99 złotych. Myślę, że kupując taki za 99 trzeba dobrze sobie odpowiedzieć na pytanie dlaczego właśnie ten. Wydaje mi się, że ta zdrowa zasada, że jak daję na coś pieniądze to nie mam wrażenia, że to jest nieodpłatne powinna działać tak samo w sprawie ksero. Skoro to kosztowało dużo pieniędzy to teraz sobie powiedzieliśmy prawdę - to kosztuje sporo pieniędzy. Mianowicie tyle i tyle. Jak przyjdzie Pan do mnie za miesiąc to ja prawdopodobnie byłbym mógł powiedzieć nawet ile pieniędzy na który przedmiot trzeba mniej więcej wydać na kserówki. Wydaje mi się, że w sprawie tego ksero to rozmawiamy jakby od drugiej strony. To znaczy wszystkie rzeczy w tej szkole niestety kosztują, a akurat wyjątkowo nie kosztowało ksero. To był taki wyjątek, który w moim przekonaniu dobrze było zlikwidować. Mnie zawsze drażni kwestia odpłatności za edukację. Tu jestem akurat demokratą. Drażni mnie to, że bardzo ważny mechanizm elekcyjny w wyborze do tej szkoły jest taki, że jedni rodzice mogą zapłacić, a drudzy nie mogą. Sam jako nauczyciel tej szkoły (a moja żona też jest nauczycielką) mogę powiedzieć, że my byśmy nie wysłali tutaj swoich dzieci. Nie dlatego, że nam się duch Bednarskiej podoba, czy nie podoba, tylko po prostu nie mieli byśmy tych 700 złotych za miesiąc. Drażni mnie w związku z tym to, że szkoła nie może oferować kompletu podręczników każdemu z uczniów, a przynajmniej tym, których rodzice są mniej zamożni. Drażni mnie również taki drobiazg, że nie możemy każdemu dawać ksero, atlasów i Bóg wie czego jeszcze. Ale skoro to jest już wszystko odpłatne to już niech tak będzie. Co należy do obowiązków dyrektora Bednarskiej? Szczęśliwie mogę powiedzieć, że Bednarska ma teraz trójkę dyrektorów - panią Wandę Łuczak, panią Dorotę Fiett i moją skromną osobę. Żadne z nas nie narzeka na niedomiar pracy. Ja postanowiłem sobie, że będę zajmował się trzema rzeczami - nauczycielami, uczniami i finansami szkolnymi (oraz tym co można by określić jako "polityka zagraniczna szkoły", czyli kontakty z innymi instytucjami). Chwilowo jest tak, że przychodzę do szkoły dosyć wcześnie, rozmawiam z nauczycielami, następnie zostaje po południu rozmawiać z rodzicami i uczniami klas trzecich i wychodzę koło dziewiętnastej - dwudziestej. W wolnych chwilach zajmując się finansami szkoły. Jak realnie wyglądają kontakty na szczeblu dyrektorskim między Bednarską i Raszyńską i dyrekcji Bednarskiej z samą panią Krysią Starczewską? Na razie bardzo dobrze. Ja się w ciągu tych dwóch tygodni spotkałem kilka razy z Ewą Rutkowską i Krystyną Starczewską (czyli pozostałą parą z trójki dyrektorów zespołu szkół). Chyba żadna kwestia, którą mieliśmy uzgodnić nie trwała więcej niż 3-4 minuty. Co do kontaktu z Krystyną Starczewską to muszę powiedzieć, że dopóki jestem tu dyrektorem to mam wrażenie, że urzęduję w gabinecie Krystyny (nawet jeśli fizycznie akurat moje pomieszczenie jest gdzie indziej niż Ona zwykła siedzieć), mam wrażenie że chodzę po szkole Krystyny i nawet takie, że uczę uczniów Krystyny. Myśle, że jeżeli przyszłość by się okazała dla mnie niezbyt szczęśliwa, mianowicie że żyłbym długo jako dyrektor Bednarskiej to przez następnych pięćdziesiąt lat te wrażenie mnie nie opuści. Tak jak amerykanów nigdy nie opuszcza wrażenie, że żyją w kraju Jerzego Washingtona, Tomasza Jeffersona i paru innych ojców założycieli. Czego się Pan spodziewa po Walnym Zgromadzeniu Towarzystwa Przyjaciół I SLO, które odbędzie się pod koniec września? Spodziewam się tego co jest zapisane w programie tego zebrania. To znaczy ustąpienia jednego zarządu, wyboru następnego zarządu, trochę oklasków dla pani Krystyny Starczewskiej i pozostałych dyrektorów szkół prowadzonych przez Towarzystwo, bo nam się te oklaski należą i pójście do domu koło godziny dwudziestej (mam nadzieję). Czego możemy Panu życzyć jako dyrektorowi Bednarskiej? (śmiech) Ale kogo ma Pan na myśli mówiąc "my"? Bednarszok. Żebyśmy się bardzo często spotykali - żebym miał dzięki Państwu możliwośc kontaktowania się z tymi, którzy BednarSzok czytają. Żeby ta część z wiadomościami przetrawionymi, przemyślanymi, podanymi raczej bez emocji górowała nad tą częścią BednarSzoku, która jest swobodną twórczością również tych ludzi, którzy nie trzymają języka na wodzy wtedy, kiedy powinni.
|
BednarSzok.pl 1999 - 2006
Pewne prawa zastrzeżone
Pewne prawa zastrzeżone
