"BednarSzok" był Niezależnym Internetowym Serwisem Informacyjnym poświęconym Zespołowi Szkół "Bednarska". Działał w latach 1999-2006.
Poniższe informacje prezentowane są wyłącznie dla celów archiwalnych.
 
Szukasz oficjalnej strony Bednarskiej? www.bednarska.edu.pl
18.04.2026, imieniny Apoloniusza, Bogusławy, Goœcisławy
BednarSzok >> Artykuły

Artykuły

Witam.

Czas na opóźnioną trochę relację z Londynu. Krótko tam byłem - ledwie pięć dni. A jednak mam o czym pisać (choć postaram się nie tworzyć dłużyzn) i zastanawiam się, od czego zacząć. Od początku?

Błyskotliwy pomysł.

Mieszkaliśmy w Chigwell, miejscowości położonej na północny wschód od Londynu. Mieszkaliśmy - prócz mnie było tam troje nauczycieli oraz ponad dwadzieścioro uczniów w wieku 17-18 lat. No i gospodarze.

Nauczyciele to Mirela z Rumunii, Andrea ze Słowacji i Balint z Węgier. Uczniowie - z kilkunastu różnych państw Europy środkowej i wschodniej, którzy spędzają ten rok w Anglii na stypendium HMC. W tym także pięcioro z Polski: Asia, Basia, Kasia (jakby się umówiły), Karol i Przemek. No i gospodarze - państwo Morrisonowie - mieszkający w Chigwell, pracujący w Chigwell School.

Mieszkaliśmy bowiem w boarding house przy Chigwell School, jednej ze szkół biorących udział w projekcie HMC. W tejże szkole jadaliśmy śniadania (8.30, godzinę później niż normalnie, więc wstawałem prawie z przyjemnością) i kolacje (18.30). A między posiłkami spędzaliśmy czas w Londynie. Muszę też oddać honory londyńskiemu metru (zwanemu tube), w którym spędzaliśmy niebłachą część dnia. Ale o tym może za chwilę.

Codziennie przed śniadaniem każdy z czworga nauczycieli zapisywał na tablicy, co ma zamiar robić tego dnia. A uczniowie wnikliwie studiowali nasze propozycje, analizowali, rozważali, dyskutowali... taaa... Chwile po dziewiątej dość spontanicznie i raczej chaotycznie dzielili się na cztery mniej więcej równe grupy, aby każdy nauczyciel miał swój kawałek odpowiedzialności. Czasem bywało, ze krnąbrni uczniowie nie chcieli podzielić się równo. Nawet mniej więcej równo. I wtedy musieliśmy zachęcać z jednej strony, zniechęcać z drugiej, żeby móc wreszcie wyruszyć do metra.

Moja grupa dziwnym zbiegiem okoliczności składała się z piątki Polaków. I czasem z kogoś jeszcze. I muszę przyznać, że ten fakt sam w sobie stanowił nie lada atrakcję. O rety! Przez dwa miesiące właściwie nie mówiłem po polsku i nie słuchałem nikogo mówiącego po polsku. Ale to fajne! Więc starałem się nadrobić, jak tylko mogłem - gadać dużo i szybko. Szybciej. Jak najszybciej! A że rozmówców miałem wdzięcznych, więc szalenie przyjemnie mi się gadało.

Wiem, wiem. Wy Polaków macie od groma na co dzień. Miało być o Londynie. No to będzie o Londynie.

Pięć dni to oczywiście za mało, żeby poznać Londyn, choćby częściowo. Mieszka tam sześć czy siedem milionów ludzi, ale po ulicach łazi i metrem jeździ ponoć od dwunastu do piętnastu milionów. Bo do stałych mieszkańców dochodzą ludzie mieszkający pod Londynem, lecz w Londynie pracujący. No i turyści. Czyli my, na przykład.

Może dlatego Londyn nie jest miastem moich marzeń? A może z innych powodów. Co nie znaczy, że nie jest wart zobaczenia. Oj, jest.

Co ciekawego widziałem w Londynie? Jak wspomniałem, pięć dni to mało. Niemniej mógłbym zrobić listę "ważnych turystycznie" miejsc, które udało nam się "zaliczyć". Bez sensu. Jasne, że tego nie zrobię. Ale gdyby ktoś z Was był ciekaw, chętnie polecę kilka rzeczy naprawdę godnych obejrzenia.

Tu skupię się na drobiazgach.

Któregoś pięknego dnia... No, nie tak znowu pięknego. W Londynie padało codziennie. A jak nie padało, to były obrzydliwe chmury albo wiatr łamiący drzewa. Któregoś dnia zaczęliśmy zwiedzanie od Tower of London, po czym przeszliśmy na drugą stronę Tamizy (przez Tower Bridge) i przechodząc obok Sheakespeare's Globe doszliśmy do Tate Modern. Są w Londynie dwie galerie o podobnej nazwie: Tate Britain i Tate Modern. W tej, do której owego dnia dotarliśmy zgromadzono masę dzieł sztuki współczesnej. Dzieł sztuki...

Chyba najbardziej ujął mnie piętnastominutowy film video autorstwa młodego angielskiego artysty. Niestety, nie zapamiętałem nazwiska autora. A szkoda, pewnie kiedyś będzie bardzo znany i ceniony.

Film przedstawiał pana Artystę w jego łazience. Na podłodze leżała masa ubrań - "cała zawartość jego szafy", jak przeczytałem w informacji na temat filmu. I pan Artysta zaczął wkładać na siebie kolejne rzeczy - spodnie, swetry, koszule, kamizelki, marynarki... Na początku nie było w tym nic ciekawego, ale przy siódmych spodniach, dziesiątej koszuli i piątym swetrze pan Artysta zaczął mieć problemy. Nie jest łatwo założyć cokolwiek na siebie, gdy nie można ruszać rękami. Nie jest łatwo założyć cokolwiek, gdy człowiek przewraca się przy najmniejszej próbie ruchu. Nie jest łatwo się ruszać, gdy każdy ruch produkuje pół litra potu. "Atrysta walczy z własną słabością, z niemożnością wykonania kolejnego ruchu..." - czytałem w ulotce.

Srutututu.

Było w Tate Modern kilka, kilkanaście rzeczy (dzieł sztuki), które naprawdę cieszyły moje oczy. Ale ten budynek to kolos! Więc nieźle się nabiegałem. No i jeszcze jeden znaczący drobiazg: na każdym piętrze znajdziemy dość duży pokój, którego jedna ściana w całości jest oknem. ściana od strony Tamizy. W pokoju tym można sobie wygodnie usiąść (sporo przyjemnych foteli) i patrzeć: Tamiza, Millenium Bridge (nowy most tylko dla pieszych) wyrastający u podstaw Tate Modern, a po drugiej stronie dumna sylwetka St. Paul's Cathedral. Naprawdę miły widok. Mimo pogody.

Na szczęście Tate Modern nie jest jedynym miejscem w Londynie, gdzie można programowo sycić oczy pięknem. Ale o tych innych nie będę pisał. No bo co mam niby napisać? Zobaczyć trzeba.

Innego dnia zawędrowaliśmy naszą polską grupą w okolice Piccadilly Circus, gdzie znalazłem bardzo przyjemny sklep muzyczny. Stary, niewielki, ale z "tym czymś", co powoduje, że chce się w nim spędzać godziny. A gdy jeden ze sprzedawców dowiedział się, że jesteśmy z Polski, zaczął nam opowiadać różne anegdoty i ubolewać, że "pół świata myśli, że Polska kończy się na Szopenie". (To i tak lepiej niż jeden z nauczycieli z mojej szkoły: "No tak, macie Szopena (Chopina), ale on przecież mieszkał we Francji.")

Kiedy byłem w Cambridge (jeszcze w sierpniu), słyszałem wielu Anglików narzekających na jakość angielskiej kolei. I nie bardzo wiedziałem, o co im chodzi. Co prawda mój pociąg do Yorku spóźnił się kilka czy kilkanaście minut, ale za to był wyraźnie szybszy, cichszy i wygodniejszy od tego, do czego przyzwyczaiła mnie PKP.

Tydzień w Londynie pomógł mi zrozumieć. Zacznę od tube, czyli od londyńskiego metra. To jest dość duża sieć. Kilka czy kilkanaście linii docierających do najdalszych zakątków Londynu, a także poza Londyn - do Chigwell na przykład. Niestety, przez pięć dni mojego pobytu w Chigwell i Londynie kolej ani razu nie działała bez zarzutu. Zanim przyjechałem dowiedziałem się, że z centrum Londynu do Chigwell jedzie się 25 do 30 minut. Mnie nigdy nie udało się przebyć tej trasy szybciej niż w trzy kwadranse. Bo przy złej pogodzie metro zawsze źle jeździ. Tylko, że taka zła pogoda jest tu raczej normą!

Ostatniego dnia jechaliśmy do domu dwie i pół godziny! "Z powodu problemów technicznych" pociągi jeździły znacznie rzadziej i trzeba było stać w kolejce do metra!

Podobnie jest z pociągami. Droga na trasie York-Londyn trwa planowo dwie godziny dwadzieścia minut. Do Londynu - rzeczywiście. Tylko dwie czterdzieści. Plus kwadrans spóźnienia na starcie. Do Yorku - hmmm... ponad trzy i pół. Za to tylko dziesięć minut spóźnienia na początku.

Druga rzecz niezwykle interesująca każdego śmiertelnika, który zdecyduje się na podróżowanie angielską koleją są ceny biletów. No tak, dość wysokie. Ale to raczej nie dziwi - Anglia jest pewnie najdroższym krajem w Europie.

Poszedłem jakiś czas temu na dworzec w Yorku spytać się, ile kosztuje bilet powrotny (czyli w obie strony) z Yorku do Londynu. Od 30 do 130 funtów - dowiedziałem się. Tak, tak: od trzydziestu do stu trzydziestu funtów! (Dla ciekawych: funt to ok. 6,5 złotego.) Różnica raczej niebagatelna. Skąd się bierze? Wyłącznie z tego, kiedy dokonujemy rezerwacji. Im później, tym drożej. Im wcześniej, tym taniej. I jest to pomysł znakomity! Zwłaszcza dla dobrze zorganizowanych ludzi.

Niestety, diabeł tkwi w szczegółach.

Kupiłem sobie bilet powrotny York-Londyn za bodaj 37 funtów. Miałem wracać do Yorku w piątek rano. Ale okazało się, że pewna moja znajoma zaproponowała mi i Balintowi (wspomnianemu nauczycielowi z Węgier), byśmy zostali w Londynie do niedzieli. No, tak miłej propozycji nie mogłem przewidzieć.

Poszedłem więc na dworzec, by zmienić rezerwację biletu. Liczyłem się z tym, że będzie mnie to kosztować. Zastanawiałem się, ile. 10 funtów? Może 20 - tyle co pół biletu? A może nawet tyle, co cały bilet? Nie, to chyba by była przesada.

Wyjaśniłem swoją sytuację miłemu panu na dworcu. A miły pan mi odpowiedział, że ponieważ mój bilet jest już w połowie wykorzystany (bo przejechałem z Yorku do Londynu). Więc nie mogę go zwrócić. Nie chcę go zwracać - odpowiedziałem. Chcę zmienić termin powrotu. No właśnie - odparł miły pan.

Nie mogę zmienić terminu powrotu. Mogę za to kupić bilet na powrót. Czyli w jedną stronę. Tak jakby zapłacić drugi raz za tę drugą połówkę biletu. OK ? - mówię. Ile kosztuje takie coś? Ile?? Ile??? Prawie siedemdziesiąt funtów...

Ojoj. Wróciłem do Yorku w piątek.

Drugi drobiazg. Od miesiąca prawie staram się kupić bilet powrotny York-Londyn-York. W grudniu do Londynu, a w styczniu do Yorku. Od miesiąca, bo we wrześniu powiedziano mi, żebym próbował pytać w drugim tygodniu października. I od miesiąca słyszę "proszę się dowiadywać w przyszłym tygodniu".

Dwa tygodnie temu dowiedziałem się, że mogę już kupić bilety na grudzień. Ale jeszcze nie na styczeń. Czyli muszę czekać. A może - zapytałem - mogę kupić teraz bilet na grudzień, a potem dokonać rezerwacji na styczeń? Jasne, że mogę! Tyle, że zapłacę oddzielnie za każdy bilet - w rezultacie prawie dwukrotnie więcej.

Tydzień temu dowiedziałem się (jak zwykle), żebym przyszedł tydzień później. Jednak zaniepokoiło mnie, że bilety na grudzień są już od jakiegoś czasu w sprzedaży. Czyli gdybym miał pecha, to może ich nie być, gdy wreszcie rezerwacja na styczeń zostanie otwarta. Spytałem o to. Nie, tak źle nie będzie! - zapewniła mnie mila pani. Zawsze znajdą się jakieś bilety. Super - myślę sobie i drążę temat. Bo jednak przecież ludzie teraz kupują bilety na grudzień. Pani pogłowiła się chwilę, postukała w klawiaturę... o, rzeczywiście, nie ma już najtańszych biletów na interesujący mnie pociąg.

Zaraz, zaraz - pytam - mówi pani, że najtańszy bilet powrotny do Londynu kosztuje 30 funtów, ale nie ma już takich na pociąg grudniowy. Czyli, jeśli dobrze rozumiem, kiedy zostanie otwarta rezerwacja na styczeń, nie będę miał szans na kupno najtańszych biletów. No, tak - przyznała mi rację mila pani. I była tak mila, że specjalnie dla mnie zadzwoniła do centrali, by dowiedzieć się, kiedy zostanie otwarta rezerwacja na styczeń. - Proszę przyjść 6. lub 7. listopada - poradziła zapewniając, że wtedy to już na pewno... Odszedłem od kasy z serdecznym uśmiechem na ustach.

W tym tygodniu (7. listopada) obsługiwał mnie miły pan. Z uśmiechem poinformował mnie, że rezerwacja na styczeń nie została jeszcze otwarta. A gdy zobaczył moją minę uśmiechnął się jeszcze serdeczniej i powiedział, że zadzwoni do centrali, żeby spytać... Zadzwonił. Proszę przyjść we wtorek lub środę, rezerwacja powinna być otwarta. Na moje słowa (wypowiedziane z uśmiechem co najmniej serdecznym), że chyba już taką informację słyszałem (w tym samym miejscu i to nie raz) odpowiedział: nie mogę nic obiecać, ale będę trzymał kciuki. Trzymał kciuki! Jeślibym więc nie przyjechał w grudniu - to wiecie dlaczego. Nie dziwcie się. Nie dziwcie się także, jeśli już nigdy nie przyjadę. God save the train!

Srdcznie pzdrwm

Krzyś

PS. Na szczęście nie samymi przygodami z koleją tu żyję. Poza tym jest dość przyjemnie. Chociaż... od dwóch tygodni prawie ciągle leje. Dwa razy tylko widziałem fragmenty nieba zza chmur. Słońca nie ma. Za grosz. Czy dopiero w grudniu, gdy opuszczę York, dane mi będzie zobaczyć Słońce?

K O M E N T A R Z E
Komentarze ułożone rosnąco - najnowsze znajdują się na dole.

D O D A J K O M E N T A R Z
Nick:


E-mail:


Komentarz:


BednarSzok.pl 1999 - 2006
Pewne prawa zastrzeżone