"BednarSzok" był Niezależnym Internetowym Serwisem Informacyjnym poświęconym Zespołowi Szkół "Bednarska". Działał w latach 1999-2006.
Poniższe informacje prezentowane są wyłącznie dla celów archiwalnych.
Poniższe informacje prezentowane są wyłącznie dla celów archiwalnych.
|
Dzn dbr.
Od czego zacząć, od czego zacząć, od czego zacząć? (Spoglądam na
przygotowana wcześniej listę...) Pantomime! Z jakim polskim słowem kojarzy
się to słowo angielskie? Głupie pytanie, z "pantomimą", rzecz jasna. A
pantomima jednoznacznie kojarzy się z ciszą. Nie jest to tylko polskie
skojarzenie. Lukas, Niemiec, z którym dziele mieszkanie, myślał podobnie.
Obaj się myliliśmy. Pantomima, na która poszliśmy, nosiła tytuł "Babes in
the Wood" i opowiadała z grubsza jedna z przygód Robin Hooda. Przy okazji
dowiedziałem się, ze Robin Hood była kobietą (podobnie jak Kopernik). A
przynajmniej w tym przedstawieniu do roli Robin Hooda wybrano najbardziej
kobieca ze wszystkich aktorek. Dowiedziałem się tez, ze matka Marion (czy
jakoś tak - wybranki Robin Hooda) była (był?) mężczyzną. Zdecydowanie
najmniej kobiecym mężczyzną (???) ze wszystkich biorących udział w
pantomimie. Pantomima... Zapomnijcie o ciszy. Angielska pantomima to cos
wręcz przeciwnego. Głośno potwornie, i to nie tylko dzięki żywiołowym
aktorom, krzyczącym, śmiejącym się i śpiewającym, lecz głownie dzięki
udziałowi widowni, która (przez aktorów zachęcana) krzyczy, wyje, drze się,
śpiewa... Złożoność fabuły i ciętość dowcipu zdaje się sugerować, ze
adresatem przedstawienia jest niezwykle wybredna widownia w wieku
przedszkolnym. Lecz mimo, ze ten wiek mam dość dawno za sobą zdecydowanie
nie czułem się najstarszym z oglądających. Za to zdecydowanie czułem się
jednym z mniej rozbawionych. (Na pewno bawiłem się gorzej, niż sami aktorzy,
którzy nie mogli powstrzymać się od śmiechu z własnych dowcipów, co nie
ułatwiało im pracy...) Wyszedłszy z teatru odetchnąłem, a odetchnąwszy
poszedłem do pubu... oglądać football!
Football. (Może powinienem pisać "futbol", albo "piłka nożna", ale niech już zostanie.) Football wiec - punkt drugi na mojej liście. Niektórzy (bądź niektóre) z Was czują się pewnie zaniepokojeni. No, bo niby jak to: ja i football? Przecież jedyne, co wiem o footballu, to to, ze jest jedna piłka, bramki dwie (choć mogę się mylić - przepraszam wszystkich oburzonych fanów), zawodników dość dużo; pewnie za dużo, by nie wyniknęło z tego jakieś kosmiczne zamieszanie i niezdrowe emocje (fanów znów przepraszam). No, dobrze. Oczywiście przesadzam. Wiem o piłce nożnej trochę więcej niż napisałem wyżej. Niemniej dla osób, które mnie znają jest, co najmniej oczywiste, ze nie jestem człowiekiem, którego można by podejrzewać o znajdywanie przyjemności w oglądaniu footballu w pubie. A jednak... Football w angielskim pubie to tradycja, rytuał nawet. Angielscy kibice są słynni na cały świat ze swojej agresji i zachowań, które nie przystoją angielskim dżentelmenom. Jeszcze nie miałem szczęścia tego doświadczyć. Jednak obserwując Anglików oglądających mecze piłki nożnej w pubach utwierdziłem się w przekonaniu, ze to bardzo angielski sport. Ze wielu Anglików ceni go ponad wszystko i wszystko o nim wie. Aż do przesady, bo chyba przesada jest, by biolog i historyk znali na pamięć wyniki rozgrywek trzeciej ligi i zawzięcie o nich dyskutowali. A może ja trafiłem w grono maniaków... Maniacy ci wybierają się, co najmniej raz w tygodniu (a nierzadko dwa, trzy razy) na grupowe oglądanie footballu w pubie. Gdy jest mecz, do pubów ściągają tłumy. Nie sposób znaleźć wolnego krzesła czy stołka. Moi znajomi maniacy wybierają najczęściej pub, który fanom piłki nożnej wydaje się być bardzo przyjazny. Bo raz, ze prócz dwóch telewizorów wywieszają dwa duże ekrany, na których można swobodnie oglądać mecz z dowolnego miejsca w pubie. A dwa, ze pub podczas meczy oferuje promocyjne ceny. No, z ta promocja to rożnie bywa. Razu pewnego wylądowaliśmy w tym pubie we czwórkę. Podszedłem do baru, zamówiłem dla nas wszystkich i po chwili usłyszałem: "7,35". Już miałem płacić, gdy spojrzałem na wielki plakat za plecami barmana informujący o promocji. Na plakacie widniały różne ceny. Ł1,50, Ł1,80... Wszystkie kończyły się zerem. Jakim cudem po zsumowaniu czterech takich liczb na końcu pojawiła się piątka? "Przepraszam?" - spytałem. "7,35" - powtórzył barman. "Obawiam się, ze to nie ma sensu...", "Niech sprawdzę..." - powiedział barman z mina nieco zakłopotana - "Aaaa! Rzeczywiście! 6,30!" "No tak" - pomyślałem - "Od zapatrzonego w football Anglika nie można wymagać przesadnej precyzji." Tak samo pomyślałem, gdy cos podobnego przytrafiło mi się po raz drugi. A ze staram się być człowiekiem dobrej woli, wiec i za trzecim razem nie zmieniłem zdania. A gdy i moi znajomi Anglicy mieli podobne przejścia z barmanem, doszedłem do wniosku, ze pewnie maja w tym pubie zepsuta kasę... Która pomaga pomnażać zyski. Rozpisałem się bez sensu o wadliwości kas, a miałem pisać o footballu. Chce Wam opowiedzieć o jednym tylko futbolowym wieczorze. Za to znamiennym. Nie tak dawno Anglia grała przyjacielski (czy to się nazywa "towarzyski"? - pytanie retoryczne, odpowiedz zupełnie mnie nie interesuje) mecz z Australia. Czy ktoś z Was widział kiedyś Australijczyków grających w piłkę nożna? Ja nie. No, ja w tej dziedzinie wogóle zastanawiająco mało widziałem. Ale Lukas, prawdziwy niemiecki fan footballu, tez nigdy nie widział Australii w akcji. W odróżnieniu od naszych znajomych Anglików, którzy pałali żądzą oglądania całej australijskiej klęski, Lukas i ja wybraliśmy się do pubu trochę później. Pub był pełny. Napisałbym "jak zwykle", ale bym skłamał. Zwykle nie ma wolnych krzeseł. Tym razem pięciometrowa droga miedzy drzwiami a barem zajęła mi piec minut! I nie ma w tym żadnej przesady. Dotarłem do baru, obróciłem się, spojrzałem na ekran. Były początki drugiej polowy. 2 : 0. Dwa do zera. Dla Australii!!! Metr ode mnie zobaczyłem znajomego. "Wiesz, Danny" - mowie. - "Jeszcze nigdy nie widziałem żadnego meczu z Australia." Danny obrócił się do mnie. Wyglądał, jakby miał się rozpłakać. "No właśnie!!!" - krzyknął. Oj, chyba niezbyt stosownie zacząłem rozmowę. A Danny'emu rozplątał się język. "Ja nie rozumiem, to jest niemożliwe, to nie może się dziać. Przecież to MY wymyśliliśmy football, przecież to jest NASZ sport! A Australia? Kto słyszał o Australii? Nie, nie, nie, ja tego nie wytrzymam. Ja nie mogę na to patrzeć! Ja stad idę!" I rzeczywiście, poszedł kręcąc głową. Po kilku próbach porzuciłem pomysł przedzierania się do innych znajomych Anglików. Zostaliśmy z Lukasem na miejscu i oglądaliśmy - to mecz, to reakcje widowni. Po dziesięciu minutach Anglicy strzelili gola! 2 : 1! Jest nadzieja. Opisałbym reakcje radości, ale nie wiem jak. Tłuczone szkło, dzikie ryki, nie mniej dzikie śpiewy. Czym prędzej wysłałem SMSa do Danny'ego, żeby mu poprawić humor. Żeby sobie chłopak jakiejś krzywdy nie zrobił... No, co tu dalej opowiadać. Kilka minut przed końcem meczu padł kolejny gol. Sytuacja stała się jasna. Trzy jeden dla Australii - bez szans odrobienia strat dla Anglików. Tym razem nie wysłałem Danny'emu SMSa - nie wiedziałem, co napisać, żeby go nie załamać. Lukas zrobił to za mnie: "Beznadzieja. 3 : 1. Bez szans na wygrana."
Po meczu spojrzałem w przerażone oczy Charliego, nie wiem czy nie
najgorętszego fana footballu wśród osób, które tu poznałem. "Nienawidzę
footballu!!" - krzyknął. - "Nienawidzę! Już nigdy nie będę oglądał żadnego
meczu! Nigdy! Będę oglądał kręgle!" Sratatata.
Zmiana tematu, zmiana klimatu. No, może nie będzie to zmiana bezwzględna. Porażka z Australia była (prawie) angielska klęska narodowa. A teraz o drugiej klęsce. (Prawie) żywiołowej. Anglia, jak powszechnie wiadomo, słynie z deszczu. Pod koniec pierwszego miesiąca mojego tu pobytu dziwiłem się, ze ciągle tylko słonce i słonce. Może niezupełnie śródziemnomorskie, ale w każdym razie ani kropli deszczu. Pierwszy deszcz spadł w październiku. "Właśnie takie miałem wyobrażenie o angielskiej pogodzie" - powiedziałem do jednego z Anglików. "I słusznie" - odparł. - "Teraz tak będzie przez pół roku." Pół roku jeszcze nie minęło, ale już wiem, ze w jego słowach nie było wiele przesady. Może nie padało codziennie, ale więcej było dni deszczowych niż tych bez deszczu. Deszcz tu nigdy nie jest specjalnie intensywny. Pada jakby od niechcenia. Ale pada i pada i pada. I szybko uznajemy go za codzienność. York ponoć jest jednym z mniej deszczowych miejsc w Anglii. Ale jest tu taki pub tuż nad rzeką, w którym na pionowej belce przy drzwiach naznaczone są nacięcia z datami. Nacięcia te wskazują, jaki był poziom wody tego i tego dnia. Daty bardzo dawne (początki XIX wieku) jak i bardzo współczesne - 1991, 1995, 2000. Zdaje się, że niemały czas swojego istnienia ten stary pub spędził pod wodą. Ej, nie o wodzie miałem pisać. Gdy wspomniany wyżej Anglik powiedział mi w październiku: "Teraz tak będzie przez pół roku", uśmiechnąłem się głupio i spytałem: "A śnieg? Macie tu śnieg?" "Śnieg?" - odpowiedział pytaniem, jakby chciał przypomnieć sobie, co znaczy to słowo. - "Śnieg? Taaak, chyba 3 lata temu mieliśmy w Yorku śnieg. Ale nie spodziewaj się wiele; popada godzinę i za piętnaście minut nie ma śladu... W Szkocji, w górach, to co innego, ale w Yorku... zapomnij o śniegu." Co było robić? Zapomniałem. A tu nagle pewnego pięknego styczniowego poranka... zaczął padać śnieg. Po godzinie... padał dalej. Podobnie po dwóch godzinach. Po trzech godzinach śnieżyło jak czasem w Polsce. (Wiec pewnie pukacie się w czoło: "I czym się tu zachwycać?") Po południu było zupełnie biało. A wieczorem... wieczorem stoczyliśmy prawdziwa śnieżną bitwę. Wyspy Brytyjskie reprezentowane przez czwórkę Anglików płci obojga kontra Zjednoczone Siły Kontynentalne z dwuosobowa reprezentacja polsko-niemiecka. (W tym samym czasie na ulicach Yorku toczyły się chyba tysiące podobnych bitew. Jakby cały York rzucał śnieżkami. Jakby nikt z mieszkańców Yorku nigdy wcześniej nie mial tej przyjemności...) Po półgodzinnej zażartej walce Kontynent pokonał Wyspiarzy. Cóż... więcej trenowaliśmy w dzieciństwie. Następnego dnia śnieg był na pierwszych stronach wszystkich gazet. To chyba pierwszy i na razie jedyny dzien. w tym roku, gdy tematem dnia nie była wojna z Irakiem. (Nie licząc brukowców, które jako najważniejszy temat dnia potrafią uznać rozcięta brew popularnego piłkarza.) Co przeczytałem w gazetach? Z powodu śniegu tysiące osób spędziły noc w swoich samochodach na jednej z głównych autostrad w Anglii. Z powodu śniegu zamknięto dwa lotniska w Londynie. Z powodu śniegu wszyscy żądają sobie pytanie, kto jest odpowiedzialny za to, ze "odpowiednie służby" nie poradziły sobie z sytuacja. (W radio słyszałem nawet wywiad z pracownikiem SZWEDZKICH służb odśnieżających, którego proszono o rady dla angielskich kolegów.) Śnieg sparaliżował komunikację miejską, w co większych miastach (w Londynie - dramat). Z powodu śniegu wreszcie zamknięto część szkół! A propos. Jim pochwalił mi się, jaki ładny dowcip poczynił. Jim jest studentem historii. Mieszka w boarding house'ie, w którym ma czasem, jak ja, tzw. "duty". Jim pełni nierzadko "overnight duty" co oznacza miedzy innymi, ze rano musi obudzić uczniów, by zdążyli na śniadanie, później do szkoły. Było to tez jego zadanie w dzien. po pierwszych opadach śniegu. Wszedł do jednej z sypialni, "wstawać!" - krzyknął, a widząc zaspane, półprzytomne i nie całkiem kontaktujące twarze chłopców powiedział: "Mam dla was dwie wiadomości, jedna dobra, druga zła." Chwila niepewności, zdziwienie zastępuje pół przytomność. "Jaka jest ta dobra?" "Z powodu opadów śniegu dziś nie ma szkoły!" Zdziwienie przechodzi w szczęście, szczęście w dzika radość. Hurrraaaa! Ej, zaraz... "A jaka jest ta zła wiadomość?" Złośliwy uśmiech na twarzy Jima: "Kłamałem!!!" ("Haha! Hihi!" - śmiech jak w sit-comach...) No a po trzech dniach po śniegu nie było śladu.
Kolejny temat przyszedł mi do głowy przypadkiem. Właśnie skończyły mi się
tygodniowe ferie. Ostatni weekend spędziłem tu całkiem sam. I na ten czas
pożyczyłem telewizor i video, by moc obejrzeć film jakiś w długie zimowe
wieczory. A gdy starałem się rozgryźć, jak oba te diabelskie urządzenia
działają, zobaczyłem przypadkiem fragment angielskich "Milionerów". Nie mam
dużych doświadczeń w oglądaniu polskiej wersji tego programu. Ale po
niespełna piętnastu minutach wersji angielskiej mogę stwierdzić, ze są
prawie identyczne. Chyba jedyna różnica to: prowadzący - znacznie mniej
zabawny w wersji angielskiej; język no i waluta.
A wspomnieć chce o jednej z zawodniczek i dwóch pytaniach, jakie jej postawiono. Dziewczyna / kobieta około dwudziestoletnia. Pytanie pierwsze. Kto grał Jamesa Bonda w filmie "Moonraker": A. George Lazenby, B. Roger Moore, C. Sean Connery, D. Timothy Dalton? Dotąd miałem wrażenie, ze każdy Anglik wie wszystko o Bondzie. Bo to chyba jedyny angielski bohater filmowy znany na całym świecie, którego przygody są regularnie tematem filmów już od czterdziestu lat. (No i te gadżety! Pewnie wiecie, ze w ostatnim filmie Bond jeździł niewidzialnym samochodem?) Dotąd miałem wrażenie, ze wspomniane pytanie powinno być dla każdego Anglika tak oczywiste, jak dla Polaka pytanie: kto był odtwórca roli kapitana Hansa Klossa: A. Stanisław Mikulski, B. Adam Malysz, C. Katarzyna Figura... Myliłem się. Dziewczyna, co prawda zgadła, ale miała duże problemy. Choć może to nie kwestia pytania, ale dziewczyny... Pytanie kolejne - za Ł8000. Tak, osiem tysięcy funtów. Wydaje się wiec, ze nie powinno być zbyt łatwe. Prowadzący robi groźną minę i mówi: "Ile centymetrów jest w stu metrach: A. 1 000, B. 10 000, C. 100 000, D. 1 000 000?" Dziewczyna sapie i dyszy - nie wie. "No, tak", myślę sobie, "Anglicy nie są zbyt biegli w systemie metrycznym, bo jeszcze nie tak dawno tkwili po uszy w tych swoich własnych dziwnych jednostkach." (Dwanaście cali to stopa, trzy stopy to jard, chyba 1760 jardów to mila, a z objętością czy waga jeszcze inaczej; jaki to ma sens?) Dziewczyna drapie się w głowę i cos mruczy pod nosem. "Nad czym się zastanawiasz?" - pyta prowadzący. I teraz uwaga, proszę usiąść. Ja nie zmyślam. Dziewczyna mówi tak: "Wiem, ze w metrze jest 100 centymetrów..." No to świetnie! To już zna odpowiedz! Ale ona mówi dalej: "Wiec musze pomnożyć 100 przez 100..." Brawo! Ale ona dalej: "I MI TO NIE WYCHODZI..." !!!!! Zastanawiała się długo. Uznałem to widowisko za żenujące, poszedłem do kuchni, zmyłem naczynia, zrobiłem herbatę (naprawdę! strasznie długo myślała!), wróciłem i słyszę jak dziewczyna mówi: "No, nie ma się, nad czym zastanawiać. Odpowiedz C. 100 000." Ups! 100x100=100 000??? Rety!!! Bardzo niepokoi mnie długość tego listu. Kto będzie w stanie to przeczytać? Patrzę na listę tematów, które chciałem poruszyć. Nie ma mowy. Za dużo tego. Ostatnia już rzecz. Obiecuje, ostatnia. Napisałem wyżej o feriach, które właśnie mi się skończyły. Zaczęły się tydzień wcześniej. W piątek 14. lutego. Niektórzy z Was rozpoznają te datę. Walentynki. Ufff... ludzie powariowali. Ale naprawdę - to jakiś obłęd. Ale nie będę nic o tym pisał. Bo (nie wiem czemu) zawsze, gdy przychodzi mi opisywać jakieś angielskie osobliwości, kończę na wyszydzaniu. Dość wyszydzania (w tym liście przynajmniej). Opowiem Wam krotko o swoim wieczorze walentynkowym. A może powinienem napisać: o moim wieczorze 14. lutego. Bo walentynkowego nic w nim nie było. Szkoła kończyła się o czwartej. I zaraz potem prawie wszyscy zniknęli. Umówiłem się z czwórką znajomych (tych, którzy nie zniknęli), ze pójdziemy wieczorem, koło siódmej, na obiad do restauracji. Wpół do siódmej zadzwonił telefon. David Robinson, fizyk. Jedna z bardzo niewielu osób, które starają się wymawiać moje imię po polsku. Czasem to brzmi nawet przekonująco. Najczęściej jakoś tak: "kszyszysztoff". Jedna z niewielu, napisałem? No, dobra, jedyna osoba. Co wzbudza moją sympatię. I mówi David tak: "Dzwonie, Kszyszysztoff, bo jest wyjątkowo czyste niebo. I może chciałbyś zajrzeć do obserwatorium?" Sam pomysł, ze szkoła ma własne obserwatorium astronomiczne spodobał mi się na tyle, ze powiedziałem tak. Czym prędzej zaSMSowalem do osób, z którymi się umówiłem, ze spóźnię się godzinę. ("To nawet lepiej", "Cale szczęście, bo ja tez" - brzmiały odpowiedzi; to milo mięć punktualnych znajomych.) Pobiegłem do obserwatorium, gdzie było już kilka osób. I dwa teleskopy. Jeden nowy, drugi ponad stuletni. A ze nie jestem ani poeta, ani astronomem, wiec nie będę opisywał, czym się zachwycałem. Krotko: gwiazdy, księżyc (z kraterami!), Jowisz, Saturn... Bardzo przyjemnie było.
A po obiedzie poszliśmy do zaprzyjaźnionego pubu, gdzie czekała na nas spora
grupa innych znajomych. Podchodzę do baru, zamawiam. "Skąd jesteś?" - pyta
barman. - "Nie, nie mów. Sam zgadnę." Lustruje mnie spojrzeniem. "Z
Hiszpanii!" - wypalił. "Blisko" - mowie - "z Polski". "Aaaaa, z Polski!
Wspaniale! Byłem kiedyś w Polsce!" "Naprawdę?" - pytam, i jest w tym pytaniu
nuta zainteresowania. Jednak nie każdy Anglik był w Polsce. Nawet, jeśli
wie, gdzie leży Polska. "Tak, tak!" - ciągnie barman. - "Byłem w Warszawie,
w Krakowie, w CZESKIM KRUMLOWIE. Piękny kraj, Polska!" Acha, zwłaszcza w
Czeskim Krumlowie Polska jest piękna. Sympatyczny barman wypytał mnie
szczegółowo, co tu robię, jakie mam plany i przesunął się do innych
klientów. A ja poszedłem do swoich znajomych.
Rozmawialiśmy... O czym rozmawialiśmy, to może innym razem. Jeśli będę pamiętał. Po jakimś czasie zaczęliśmy zbierać się do wyjścia. Wstajemy, zakładamy kurtki. A tu zza moich pleców słyszę radosny śpiew. To nie była żadna piosenka, lecz wyśpiewane do zaimprowizowanej melodii słowa: "Polska to piękny kraj", "niech żyje Polska" i inne takie... Tak. To barman. Miły wariat. Zdziwiłem się. Ale jeszcze bardziej zdziwili się moi znajomi. Gdy wyszliśmy, pytali: "skąd on wiedział, ze jesteś z Polski?" Co miałem odpowiedzieć? "On myślał, ze jestem z Hiszpanii" - uśmiechnąłem się. "Jak to? To, dlaczego śpiewał o Polsce? Nie, nie rozumiem..." - dziwili się jeszcze bardziej. Miły wieczór. Bardzo milo się skończył. Wiec i ja skończę. Miłych snów. Pzdrwm Krzyś
|
BednarSzok.pl 1999 - 2006
Pewne prawa zastrzeżone
Pewne prawa zastrzeżone

Od czego zacząć, od czego zacząć, od czego zacząć? (Spoglądam na
przygotowana wcześniej listę...) Pantomime! Z jakim polskim słowem kojarzy
się to słowo angielskie? Głupie pytanie, z "pantomimą", rzecz jasna. A
pantomima jednoznacznie kojarzy się z ciszą. Nie jest to tylko polskie
skojarzenie. Lukas, Niemiec, z którym dziele mieszkanie, myślał podobnie.
Obaj się myliliśmy. Pantomima, na która poszliśmy, nosiła tytuł "Babes in
the Wood" i opowiadała z grubsza jedna z przygód Robin Hooda. Przy okazji
dowiedziałem się, ze Robin Hood była kobietą (podobnie jak Kopernik). A
przynajmniej w tym przedstawieniu do roli Robin Hooda wybrano najbardziej
kobieca ze wszystkich aktorek. Dowiedziałem się tez, ze matka Marion (czy
jakoś tak - wybranki Robin Hooda) była (był?) mężczyzną. Zdecydowanie
najmniej kobiecym mężczyzną (???) ze wszystkich biorących udział w
pantomimie. Pantomima... Zapomnijcie o ciszy. Angielska pantomima to cos
wręcz przeciwnego. Głośno potwornie, i to nie tylko dzięki żywiołowym
aktorom, krzyczącym, śmiejącym się i śpiewającym, lecz głownie dzięki
udziałowi widowni, która (przez aktorów zachęcana) krzyczy, wyje, drze się,
śpiewa... Złożoność fabuły i ciętość dowcipu zdaje się sugerować, ze
adresatem przedstawienia jest niezwykle wybredna widownia w wieku
przedszkolnym. Lecz mimo, ze ten wiek mam dość dawno za sobą zdecydowanie
nie czułem się najstarszym z oglądających. Za to zdecydowanie czułem się
jednym z mniej rozbawionych. (Na pewno bawiłem się gorzej, niż sami aktorzy,
którzy nie mogli powstrzymać się od śmiechu z własnych dowcipów, co nie
ułatwiało im pracy...) Wyszedłszy z teatru odetchnąłem, a odetchnąwszy
poszedłem do pubu... oglądać football!
Po meczu spojrzałem w przerażone oczy Charliego, nie wiem czy nie
najgorętszego fana footballu wśród osób, które tu poznałem. "Nienawidzę
footballu!!" - krzyknął. - "Nienawidzę! Już nigdy nie będę oglądał żadnego
meczu! Nigdy! Będę oglądał kręgle!" Sratatata.
Kolejny temat przyszedł mi do głowy przypadkiem. Właśnie skończyły mi się
tygodniowe ferie. Ostatni weekend spędziłem tu całkiem sam. I na ten czas
pożyczyłem telewizor i video, by moc obejrzeć film jakiś w długie zimowe
wieczory. A gdy starałem się rozgryźć, jak oba te diabelskie urządzenia
działają, zobaczyłem przypadkiem fragment angielskich "Milionerów". Nie mam
dużych doświadczeń w oglądaniu polskiej wersji tego programu. Ale po
niespełna piętnastu minutach wersji angielskiej mogę stwierdzić, ze są
prawie identyczne. Chyba jedyna różnica to: prowadzący - znacznie mniej
zabawny w wersji angielskiej; język no i waluta.
A po obiedzie poszliśmy do zaprzyjaźnionego pubu, gdzie czekała na nas spora
grupa innych znajomych. Podchodzę do baru, zamawiam. "Skąd jesteś?" - pyta
barman. - "Nie, nie mów. Sam zgadnę." Lustruje mnie spojrzeniem. "Z
Hiszpanii!" - wypalił. "Blisko" - mowie - "z Polski". "Aaaaa, z Polski!
Wspaniale! Byłem kiedyś w Polsce!" "Naprawdę?" - pytam, i jest w tym pytaniu
nuta zainteresowania. Jednak nie każdy Anglik był w Polsce. Nawet, jeśli
wie, gdzie leży Polska. "Tak, tak!" - ciągnie barman. - "Byłem w Warszawie,
w Krakowie, w CZESKIM KRUMLOWIE. Piękny kraj, Polska!" Acha, zwłaszcza w
Czeskim Krumlowie Polska jest piękna. Sympatyczny barman wypytał mnie
szczegółowo, co tu robię, jakie mam plany i przesunął się do innych
klientów. A ja poszedłem do swoich znajomych.