"BednarSzok" był Niezależnym Internetowym Serwisem Informacyjnym poświęconym Zespołowi Szkół "Bednarska". Działał w latach 1999-2006.
Poniższe informacje prezentowane są wyłącznie dla celów archiwalnych.
Poniższe informacje prezentowane są wyłącznie dla celów archiwalnych.
|
A witam. Piszę ostatni raz przed przerwa półtrymestralną (czyli przed half-termem). W piątek kończy się szkoła, a tym samym chyba mój dostęp do internetu, bo w szkolnym kalendarzu widzę wyraźnie: "school closed". W sobotę wyjeżdżam do Chigwell, pod Londyn. Będę tam jednym z czworga opiekunów (obok Węgra, Słowaczki i bodaj Mołdawianki) dwudziestokilkuosobowej grupy uczniów z Europy środkowej i wschodniej. Uczniów, którzy są w Anglii z tytułu stypendium HMC. No i będziemy spędzać dnie całe w Londynie oglądając super-ciekawe rzeczy. Mam nadzieję. Nie wiem, jak tam będzie z internetem. Będziemy mieszkać przy szkole w Chigwell. I może się zdarzyć, ze boarding house jest otwarty, ale szkoła zamknięta. A komputery wraz z nią. Wracam w kolejny piątek, co wcale nie oznacza, ze będę miał dostęp do internetu w Yorku. Bo Bootham School zaczyna pracę w poniedziałek.
Proszę więc o wyrozumiałość - po half-termie będziecie dłużej czekać na moje odpowiedzi. Bo będę musiał po kolei odpisać na wszystkie maile, jakie do mnie dotrą.OKi? A właśnie - są ciągle w mojej skrzynce odbiorczej maile, które dostałem od Was w ostatnich dniach i nie odpisałem. Postaram się zrobić to przed wyjazdem. A opóźnienia porobiły mi się znowu, bo musiałem ostro popracować - tym razem na rzecz naszej szkoły. Dokładniej - na rzecz IB (Matury Międzynarodowej) w naszej szkole. Otóż wkrótce spodziewamy się wizyty akredytacyjnej do klasy pre-IB. Bo program IB jest dwuletni, a nasze liceum trzyletnie, więc pierwsza klasa będzie przygotowawcza. No i musiałem napisać, jak sobie wyobrażam ten rok - czego będę uczył, dlaczego będę tego uczył, jak to przygotuje moich uczniów do IB. I to wcale nie było łatwe, bo są 3 rożne matematyki w IB, wymagające trochę innej wiedzy i umiejętności na początku. A my nie wiemy jeszcze, jak podzielą się grupy matematyczne za rok. Więc musiałem napisać program, z którego łatwo pójść w każdą stronę. I co więcej zgodny z polskim minimum programowym, bo przed wejściem w system IB takie nas ciągle obowiązuje. Napociłem się zdrowo. Aha, to wszystko po angielsku. Ale już skończyłem i mogę znów pisać maile. A że zaległości mam sporo, więc postanowiłem zacząć od maila do wszystkich Was. Czas na ciąg dalszy opowieści kulturo(KULTURO???)znawczych. Rozdział dwa tysiące osiemset czterdziesty czwarty. (Chyba pogubiłem się w liczeniu.) Higiena osobista. Higiena osobista w Anglii od pradawnych czasów ma ścisły związek z zawartością kieszeni. Ściślej - z zawartością portfeli. Jeszcze ściślej, czyli już prawie matematycznie: higiena = oszczędność. Jest w tym równaniu istotne uproszczenie. Nie mam bowiem zamiaru twierdzić, że Anglik rozrzutny = Anglik brudny. Ale chcę powiedzieć, że jeśli Anglik chce się myć to Anglik musi oszczędzać.
Wielbiciele ścisłości, logiczności i spójności tego typu wywodów musza mi wybaczyć. A ja może przejdę do konkretów. A konkret to kran. Czyli konkrety- to krany. Dwa krany. Nad każdym angielskim zlewem, nad każdą umywalką sterczą radośnie dwa krany. Jeden z ciepłą woda, drugi z woda zimną.W Polsce jest inaczej. Dwa krany są połączone w jeden. Jeśli więc statystyczny pan Obywatel (albo pani Obywatelka) chce umyć na przykład zęby, to odkręca oba krany na raz, czeka, aż spłynie rdzawa ciecz, czeka, aż spłynie rdzawa ciecz, czeka, aż spłynie rdzawa ciecz, czeka, czeka, czeka, wreszcie jego wzrok przyzwyczaja się do tego koloru i wówczas pani Obywatelka (albo pan Obywatel) majstrując przy kurkach stara się ustawić idealną temperaturę mieszanki wypływającej z kranu. Sukces osiąga po kilku minutach. Aha! - przypomina sobie pan (pani) Obywatel (-ka). - Wczoraj skończyła mi się pasta do zębów! Leci więc do sklepu za rogiem, a woda z kranu - też leci. Do zlewu. I już po kwadransie widzimy pana (panią) Obywatela (-lke) myjącego (-ą)(-ych) zęby. A woda leci, leci... Nie wchodźmy w szczegóły. Podsumujmy. Dbałość o higienę osobista statystycznego Polaka (albo Polki, rzecz jasna) wiąże się z dziennym zużyciem CAŁEJ MASY wody. A w Anglii... jeśli Anglik chce się umyć, nie może głupio wsadzać łap pod wodę. Bo grozi to albo oparzeniem, albo odmrożeniem. Anglik musi użyć korka. Zatkawszy korkiem zlew może napuścić do niego odpowiednia ilość cieplej i zimnej wody, by uzyskać mieszankę o idealnej temperaturze. A uzyskawszy tę, ZAKRĘCA KURKI! I woda nie leci! Tak oto Anglik jest zmuszony do oszczędności. System jest genialny w swojej prostocie. Niestety... Nie ma rzeczy doskonałych. W mojej kuchni na przykład korek jest za mały. I mogę go wciskać w dziurę w zlewie ile dusza zapragnie. A i tak woda ucieka. Tak wiec nie mam szans uzyskania mieszanki o idealnej temperaturze. Myślałem, czy by nie zwrócić się do kogoś z prośbą o inny korek. Szybko porzuciłem ten zamiar, bo w mojej kuchni z obu kranów leci zimna woda. Wiec mógłbym sobie pomieszać...(Oczywiście domyślacie się, ze w takich warunkach trudno myć talerze. Więc ich nie myje, lecz wyrzucam do śmieci. I kupuje nowe. A angielski przemysł ceramiczny przezywa rozkwit.) Inny problem jest w łazience. Problem ma na imię prysznic. Trudno sobie wyobrazić prysznic z dwoma kranami. Rzeczywiście, tu Anglicy musieli trochę zdradzić swój system. Otóż nad wanna sterczą dwa krany, ale na każdy z nich nałożona jest gumowa rurka. Obie rurki łącza się w jedna - i oto jest prysznic! I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że czasem (często) rurka z "zimnego" kranu spada. I wtedy na głowę leje się wrzątek, a od dołu wieje chłodem. Mam jeszcze umywalkę w swoim pokoju. Z widokiem na katedrę. Tzn. i pokój, i umywalka są z widokiem na katedrę, bo umywalka jest tuż przy oknie. Nad tą umywalka także sterczą dwa krany. Używam tylko jednego, tego od wody gorącej. Bo zanim woda się nagrzeje, już mogę go zakręcać. W zeszłym tygodniu wstałem rano, umyłem zęby w zimnej wodzie z "ciepłego" kranu w swoim pokoju, wziąłem prysznic w łazience, poparzyłem sobie twarz i odmroziłem stopy, po czym poszedłem do szkoły.
A w szkole afera! Zacznijmy od początku. Od samego początku. Bootham Schoolzostala założona jakieś dwieście chyba lat temu przez kwakrów. Trochę o nich pisałem. Na przykład o tym, ze obecnie jest ich tu niewielu. Chyba mniej, niż cudzoziemców. Niemniej w życiu szkoły nadal obecne są kwakierskie obyczaje i tradycje. Jednak nie należy się spodziewać, by wszyscy ludzie związani ze szkoła żyli zgodnie z zasadami ustalonymi przez Kwakrów. A wokół jednej z takich zasad wybuchła afera.Kwakrzy potępiają gry hazardowe, albo ogólniej: gry losowe, czy nawet granie na giełdzie. Bo nie powinno się zdobywać pieniędzy z pomocą "ślepego losu", bez własnej pracy. A tu jakiś czas temu zwolniła się posada menadżera pewnego klubu sportowego. I robiono zakłady, kto będzie nowym menadżerem. Wygrał kandydat, którego początkowo uważano za bardzo mało prawdopodobnego - za obstawienie jego nazwiska bukmacherzy płacili 66 do 1. Czyli gdyby ktoś wpłacił Ł100, otrzymałby Ł6600! No i właśnie dwóch ludzi postawiło na niego Ł100. Obaj są nauczycielami Bootham School. Dwa pytania się nasuwają: 1. jak to im się udało? 2. gdzie w tym wszystkim afera? Afera w tym, że odpowiedz na pytanie pierwsze jest niejednoznaczna. I z powodu tej niejednoznaczności o całej sprawie pisała lokalna prasa, potem mówiło lokalne radio, potem pisała jedna gazeta ogólno angielska, wreszcie mówiła lokalna telewizja. Wspomniany menadżer był wyłoniony przez komisję. A jeden z członków komisji, co więcej ten, który wysunął zwycięską, choć początkowo mało prawdopodobną kandydaturę, ma córkę. A córka jest uczennica Bootham School. Pytanie stawiane przez media brzmiało: czy nie było jakiegoś przecieku? Czy obaj nauczyciele nie skorzystali z jakiejś "tajnej" informacji? Albo wręcz, czynie wywierali nacisku na dziewczynę, która mogła im pomoc obstawić odpowiedniego kandydata... Obaj "szczęśliwcy" bronią się, ze obstawili osobę najmniej prawdopodobną, bo to dawało największą wygraną. Choć oczywiście małe szanse wygranej. Żeby wiec nie być stratnymi (bo Ł100 to nie tak mało), postawili tez małe kwoty na trzech innych, "pewniejszych" kandydatów. Czego zapewne by nie robili, gdyby mieli pewne informacje. Podsumowując: nie zrobili nic nielegalnego, nic (prócz domysłów prasy) nie wskazuje na to, by zachowali się w sposób nieodpowiedni. Ale atmosfera w szkole była gęsta przez blisko dwa tygodnie. Warto dodać, że w Anglii, inaczej niż w Polsce, prasa jest prawdziwa potęgą. Największe gazety maja ogromny wpływ na opinie publiczna. Sugestie, że coś było nie tak, mogą wiec łatwo naruszyć dobre imię szkoły. No i co myślicie? Był problem, czy nie było? I gdzie był problem, lub dlaczego nie było? (To nie jest praca domowa.) Jeszcze jedną rzecz Wam napiszę. O fajnym pomyśle na działania charytatywne. Otóż pewien nauczyciel z Bootham School ma dość charakterystycznie owłosioną głowę. To znaczy ma włosy i brodę w szczególnym nieładzie. A właściwie miał. Bo na przełomie września i października ogłosił podczas jednego z porannych spotkań całej szkoły: jeśli do dnia tego i tego zbierzecie co najmniej Ł200 na cel taki a taki, to ogolę całą głowę. Z wyjątkiem brwi. No i ludzie wpłacali. Nie wiem ile dokładnie zebrano, ale wyraźnie ponad Ł200. I pewnego pięknego dnia w porze lunchu chętni zebrali się w szkolnej "auli", gdzie dokonano publicznego golenia. I pomyślałem sobie, ze ten pomysł coś w sobie ma... Co Wy na to? Jaki cel sugerujecie? Albo jaką kwotę? Pzdrwm srdcznie Krzyś
|
BednarSzok.pl 1999 - 2006
Pewne prawa zastrzeżone
Pewne prawa zastrzeżone

Proszę więc o wyrozumiałość - po half-termie będziecie dłużej czekać na moje odpowiedzi. Bo będę musiał po kolei odpisać na wszystkie maile, jakie do mnie dotrą.
Wielbiciele ścisłości, logiczności i spójności tego typu wywodów musza mi wybaczyć. A ja może przejdę do konkretów. A konkret to kran. Czyli konkrety- to krany. Dwa krany. Nad każdym angielskim zlewem, nad każdą umywalką sterczą radośnie dwa krany. Jeden z ciepłą woda, drugi z woda zimną.